Antysemityzm jako strach przed wykluczeniem
Dialog z ChatemGPT
Nieustannie zdumiewa mnie głęboki, polski antysemityzm. Ale nie tyle jego przejawy, co jego źródło. I ostatnio przyszło mi do głowy to, że jedną z jego źródeł może być strach, głęboki strach przed wykluczeniem z lokalnej społeczności. I czasem myślę, że ten strach przed zidentyfikowaniem kogoś jako Żyda przetrwał w Polsce do dziś. Co o tym sądzisz?
Twoja intuicja jest bardzo sensowna i dobrze pasuje do tego, co wiemy zarówno z historii społecznej, jak i z badań nad mechanizmami uprzedzeń. Spróbuję to uporządkować, bez oceniania i bez psychologizowania jednostek.
W wielu regionach dawnej Polski wspólnota lokalna była podstawową strukturą bezpieczeństwa: dawała pracę, ochronę, status, możliwość małżeństwa, a czasem po prostu prawo do życia „bez podejrzeń”. Wykluczenie z niej oznaczało realne ryzyko degradacji, a w skrajnych momentach także przemocy. W takim kontekście „inność” nie była abstrakcyjną kategorią kulturową, tylko zagrożeniem dla kruchej równowagi społecznej.
Żyd w tej strukturze pełnił rolę szczególną. Był kimś jednocześnie bliskim i obcym: sąsiadem, kontrahentem, czasem lekarzem czy karczmarzem, a jednocześnie kimś, kogo nie dało się w pełni włączyć do wspólnoty religijno-symbolicznej. To tworzyło napięcie, które nie musiało prowadzić do nienawiści, ale bardzo łatwo mogło zostać w nią przekształcone, zwłaszcza w momentach kryzysu.
Strach przed „zidentyfikowaniem jako Żyd” rzeczywiście ma długą historię. Występował nie tylko w czasie okupacji, gdzie miał wymiar dosłownie śmiertelny, ale także wcześniej i później, w formie lęku przed przypisaniem obcości, nielojalności, „nie-do-końca-naszości”. W takim sensie antysemityzm bywał mechanizmem obronnym: nie tyle wyrazem silnej ideologii, ile próbą pokazania wspólnocie „ja na pewno nie jestem tam, po tej stronie”.
To ważne, bo tłumaczy, dlaczego antysemityzm w Polsce bywa tak często reaktywny, sytuacyjny i nerwowy. Nie zawsze opiera się na spójnej doktrynie, lecz na odruchach: wskazywaniu palcem, tropieniu domniemanych „cech”, powtarzaniu klisz. W gruncie rzeczy chodzi o uspokojenie lęku przed wykluczeniem przez akt symbolicznego wykluczenia kogoś innego.
Jeśli spojrzeć na współczesność, ten mechanizm nie zniknął, tylko zmienił formę. Żyd bywa dziś figurą zastępczą: nośnikiem lęku przed elitami, miastem, globalizacją, „obcymi wpływami”, czasem po prostu przed utratą miejsca w hierarchii. To tłumaczy, dlaczego antysemickie tropy potrafią się uruchamiać nawet tam, gdzie realnych Żydów praktycznie nie ma.
Twoja myśl o ciągłości strachu jest więc trafna. Antysemityzm nie musi być przekazywany jako gotowa nienawiść. Może być dziedziczony jako wzorzec reagowania na zagrożenie społeczne: poprzez intuicję, że „żeby być bezpiecznym, trzeba jasno pokazać, kim się nie jest”.
A jak to jest, że osoba mające swoje korzenie w społeczności żydowskiej jest bez problemu akceptowana przez lokalną społeczność jako swój, dzięki temu że głośno nawołuje do wrogości wobec innych osób mających swoje korzenie w społeczności żydowskiej?
To zjawisko da się wyjaśnić dość spójnie, jeśli spojrzeć na nie nie w kategoriach pochodzenia, tylko funkcji społecznej, jaką dana osoba zaczyna pełnić.
W wielu wspólnotach kluczowe nie jest to, kim ktoś „jest”, lecz po czyjej stronie jawnie staje. Gdy osoba o żydowskich korzeniach publicznie i konsekwentnie atakuje innych Żydów lub „żydowskość” jako taką, przestaje być postrzegana jako element grupy potencjalnie obcej, a zaczyna pełnić rolę świadka wewnętrznego. Taki świadek działa szczególnie silnie, bo potwierdza narrację większości z pozycji kogoś, kto rzekomo „zna to od środka”.
Dla lokalnej społeczności to bardzo wygodne. Pozwala utrzymać obraz siebie jako niesprzecznie racjonalnej i niewinnej: skoro nawet „jeden z nich” mówi to samo, to znaczy, że nie chodzi o uprzedzenie, tylko o „fakty”, „odwagę” albo „demaskowanie tabu”. W tym sensie pochodzenie nie tylko przestaje przeszkadzać, ale wręcz staje się kapitałem symbolicznym.
Z punktu widzenia mechanizmu wykluczenia to także forma rytuału oczyszczenia. Osoba taka demonstruje, że zerwała z przypisywaną jej potencjalnie niebezpieczną tożsamością. Głośna wrogość wobec „innych Żydów” działa jak publiczna deklaracja lojalności wobec większości. W zamian otrzymuje akceptację, a czasem nawet status „naszego rozsądnego”.
Warto zwrócić uwagę, że ta akceptacja jest warunkowa. Utrzymuje się tak długo, jak długo dana osoba pełni swoją funkcję: potwierdza dominującą narrację i nie próbuje jej komplikować. W momencie, gdy zaczęłaby mówić o złożoności, sprzecznościach czy doświadczeniu wykluczenia, bardzo szybko mogłaby zostać cofnięta do kategorii „jednak obcy”.
Ten mechanizm nie jest specyficzny wyłącznie dla relacji większość–Żydzi. Występuje w różnych kontekstach: wobec migrantów, mniejszości religijnych, seksualnych czy etnicznych. Zawsze chodzi o to samo: wspólnota nagradza tych, którzy pomagają jej utrzymać prosty podział na „nas” i „tamtych”, nawet jeśli formalnie sami mogliby znaleźć się po drugiej stronie tej granicy.
W tym sensie nie jest to paradoks, lecz logiczna konsekwencja lęku, o którym pisałeś wcześniej. Jeśli największym zagrożeniem jest wykluczenie, to najbezpieczniejszą strategią staje się nie tylko dystans wobec „innych”, ale aktywne uczestnictwo w ich wykluczaniu.